sobota, 2 lutego 2013

VI. Zbliżenie pachnie desperacją


Przemierzam alejki galerii handlowej z beznadzieją wymalowaną na twarzy, a kiedy mijam kolejny sklep z artykułami dla dzieci, moje serce pęka jeszcze bardziej. Ileż łez wypłakałam, ile spędziłam czasu na dumaniu nad tym, dlaczego to musiało spotkać akurat nas? Czy to kara za moją zdradę, której tak naprawdę nie chciałam? Za to, że jeden, jedyny raz byłam niewierna, choć nie z własnej inicjatywy? Mam ochotę wyć z bezsilności. Postanawiam wstąpić do drogerii, bo kosmetyki to coś, co zawsze poprawia mi humor. Dostrzegam jeszcze Iwonę zmierzającą w moim kierunku, a zaraz potem Dominika dosłownie wtapia się w moje ciało, mocno się we mnie wtulając. „Ciocia!” krzyczy z entuzjazmem i ciągnie moją głowę na dół, by po chwili złożyć soczystego buziaka na moim policzku. Biorę ją na ręce i zaczynam się z nią bawić, podczas gdy Iwona zaprasza nas do nich, na kawę, drinka albo na obiad. Bo dawno się nie widzieliśmy, bo fajnie byłoby się spotkać wspólnie, bo tysiąc innych powodów. A na koniec coś, co rani mnie niesamowicie. „Dobrze wyglądasz z dzieckiem” uśmiecha się do mnie promiennie, a po chwili oznajmia, że muszą się zbierać. Iwona nic nie wie, nikt nic nie wie. Dominika niezadowolona uwalnia się z moich rąk, żegnamy się i rzucam się wręcz pędem na parking, do samochodu, żeby znaleźć się w domu jak najszybciej.
Otwieram drżącymi rękoma drzwi od mieszkania, dopadam Nikoli, który leży na kanapie, oglądając telewizor i wręcz w panice żądam „kochaj się ze mną, słyszysz?!”. Jest kompletnie zaskoczony, ale wykonuje moje polecenie. Kilka gwałtownych ruchów i jest po wszystkim, a ja żałuję jak jasna cholera tego, co się przed chwilą wydarzyło.
Nie mam oporów przed tym, żeby mu opowiedzieć co się stało w galerii, dlaczego jestem taka roztrzęsiona i obiecuję, że to się nigdy nie powtórzy. Bo seks bez uczucia, sam mechaniczny akt, jest bez sensu. Tak samo jak staranie się o dziecko, którego na dobrą sprawę być może nigdy nie będzie nam dane mieć, właśnie w ten sposób. Zasypiam na jego ramieniu, zapłakana, wycieńczona, a on tuli mnie do siebie i nieustannie powtarza, że będzie dobrze. Bo nadzieja umiera ostatnia.
Kilka dni później próbuję znowu, mając nadzieję, że moje skrupulatne wyliczenia na coś się przydadzą i tym razem się uda. Wiem, że mu obiecałam, ale nie potrafię opanować nieposkromionego szaleństwa, nadziei, że może akurat ta metoda będzie dobra. Tego dnia kochamy się znowu, zupełnie bez uczucia, bo jestem pochłonięta myślami o tym, żeby plemniki wykonały swoją pracę, a jajeczko miało jak najdogodniejsze warunki, by powstać mogło nowe życie.
Nikola nie komentuje mojego zachowania, a po wszystkim zamyka się w łazience i wychodzi z niej dopiero po dwóch godzinach. Nie wiem, czy jego zaczerwienione oczy to wina dużej wilgotności w łazience, czy może coś innego spowodowało, że jednocześnie wydają się błyszczeć. Nigdy nie widziałam mojego mężczyzny płaczącego…

Dzisiaj ostatni mecz w tym sezonie u siebie na hali i bardzo mi przykro z tego powodu... Trzymajcie kciuki za AZS, proszę. :(